Programista wiesza się razem ze swoim programem

To już moja druga notka o związkach; tym razem będzie o związkach ludzi-mało-utalentowanych-matematycznie z rzeczywistością.

Przeczytałem właśnie dowcip o tym, jak to programista zdrzemnął się na klawiszu Backspace i przez to rano obudził się bardzo zły, bo mu się program skasował. Dobreeeee!!!

Ej, niech ktoś dobry z psychologii mi powie w komciu, jak nazywa się takiego kogoś, kto żyje w pewnej własnej rzeczywistości* i wyobraża sobie, że wszyscy pozostali też w niej żyją?

A w międzyczasie, no właśnie, spieszę donieść, jak jest w prawdziwym świecie. No wiecie, za firewallem. Przynajmniej większości tych z Was, którzy nie żyją na co dzień z pisania kodu. Otóż — uwaga, trzymajcie się mocno w fotelach!

  1. to nie do wiary, ale opanowaliśmy sztukę wciskania Ctrl/Cmd+S. It works, bitches.
  2. wiemy, że ludzie dzielą się na tych, którzy robią backupy, i na tych, którzy będą je robić, i staramy się być w tej 1. grupie
  3. jakiś czas temu wymyśliliśmy taki bajer jak systemy kontroli wersji.

Tak więc, drodzy nie-programiści — choć może wydawać się Wam to nieprawdopodobne — to jednak mamy ten komfort, który pozwala nam śmiało przysnąć na bekspejsie. Dlatego też z tym większym zdziwieniem obserwuję brak analogicznych dowcipów w stylu „Padł mi laptop, a na nim moja praca magisterska w łerdzie OMUJBORZE ZA TRZY DNI OBRONA ICOTERAS”.

Ach, zaraz! Bo to przecież nie dowcip, prawda? 😀

* – nie, „programista” to nie jest to słowo

Czarny, biały, czarny

Pamiętam, gdy wiele lat temu, jeszcze studiując — choć nie jestem sobie w stanie przypomnieć w jakich dokładnie okolicznościach — usłyszałem fragment rozmowy moich wydziałowych koleżanek, a wypowiedź brzmiała mniej więcej tak: no, pierwszy rok to jeszcze spoko, bo wszyscy się poznają, drugi rok coś tam (trzeba się skupić na nauce, czy jakoś tak), trzeci rok to najodpowiedniejszy moment, aby kogoś poznać (!), czwarty to już ostatni dzwonek (!!), a piąty to już zdecydowanie za późno.

Nie potrafię znaleźć słów opisujących moje obecne zażenowanie, gdy tylko sobie to przypomnę. Jeszcze bardziej martwi mnie to, że przyjąłem wówczas, iż — może nie jest to pewnik, ale — coś w tym musi być. Naprawdę, gdyby nie było mnie tam, nie uwierzyłbym, że takie stwierdzenia mogły paść z ust ludzi mających za chwilę tworzyć naszą elitę intelektualną w Polsce, ludzi, których przyszły dorobek naukowy ma szansę zmienić świat, wpłynąć na technologię, medycynę, itd. Ale najgorsze nie jest to, że ktoś tam coś tam powiedział. Najgorsze jest to, że ci moi znajomi naprawdę tak myśleli (co zweryfikowały kolejne lata).

Odkrycie, że ludzie traktują i budują związki w oparciu o schematy myślowe tak wąskie, jak gdyby ktoś po urodzeniu przykleił im po bokach głowy dwa duże kawałki kartonu, nie było dla mnie czymś zaskakującym, natomiast fakt, że w oparciu o te same czarno-białe schematy działają zarówno ludzie piszący na forum Interii, jak i — wydawałoby się — osoby o zdecydowanie większym potencjale umysłowym — już tak. I o ile wczytując się w ten przykładowy wątek dyskusji nie mamy wątpliwości (ortografia, stylistyka, właściwie — wszystko), że wypowiada się tam (i światłych rad udziela) intelektualny plankton, to uświadomienie sobie, że sposób myślenia tego planktonu niczym nie różni się od sposobu myślenia ludzi aspirujących do doktoratu, było dla mnie ogromnym rozczarowaniem.

Oczywiście, możemy się spierać, czy przytoczony przeze mnie na początku luźny cytat to coś, co można zestawić w jednym rzędzie z radami-poradami w stylu

olej go, nie gotuj mu, nie pierz, nie prasuj. Brudne ciuchy zapakuj i jak będzie szedł do niej niech zaniesie by mu wyprała

czy też

zastanów się czy chociaż raz mąż przeprosił cię za to że cię zdradza, upokarza przed tą zdzirą sypiając z nią, może się z ciebie wyśmiewają że dajesz się oszukiwać, że pozwalasz na to. Mówi, że was obie kocha, to nie prawdą kocha siebie, ty to obiady, wyprane posprzątane, dzieci zadbane, ona to przyjemności

które to są majstersztykiem same w sobie, ponieważ wynika z nich wprost, że jeśli mamy do czynienia z sytuacją przeciwną, tj. mąż nie zdradza, nie bije i w ogóle kocha, to należy mu gotować, prasować i prać — patriarchat at its best, brawo. (Nawiasem mówiąc, jestem pełen podziwu dla sposobu, w jaki ludzie — kompletnie obcy przecież —  potrafią od mniej lub bardziej suchej informacji „mój mąż powiedział mi, że ma kochankę” przejść do nazwania rzeczonej kochanki zdzirą. Jakież to proste! Status żony powoduje z automatu bowiem, że kobieta staje się siedliskiem cnót, zaś kochanka to zdzira, więc trzeba jej pokazać, niech mu pierze skarpetki, a co!)

Te pozornie odmienne cytaty — tak naprawdę niewiele się od siebie nie różnią. Dla autorek przytaczanych wypowiedzi owa zdzirowatość kochanki jest przecie rzeczą tak samo oczywistą, jak to, że czwarty rok to już ostatni dzwonek; jeśli więc nawet mówią o różnych rzeczach, to tak naprawdę spina je w całość ten sam dogmat związkologii. Że ogólnie to dyskoteki, chłopaki, i ogólnie takie takie, liceum, potem studia i no wiecie, ślub, w którym miłość, wierność i uczciwość małżeńska.

A przecież tak nie jest. Nie jest czarno-biało, są różne odcienie szarości, od czerni do białości,  więcej!, jest wręcz kolorowo (tęczowo? :-)). Bowiem to jak, kto, co, z kim, jak bardzo i czy bardzo emocje i czy tylko seks, czy po bożemu, czy cywilizacja śmierci maszeruje, potrafi być absolutną feerią, której to z fascynacją przyglądam się chociażby wśród moich znajomych, u których to pełna rozpiętość od poliamorii po chorobliwą, zazdrosną monogamię, od singli do 3+4, i niech mnie kule biją, ale wszyscy wydają się być mniej lub bardziej szczęśliwi, ale głównie bardziej, i ja też.

Mimo, że już dawno po piątym roku